Chorwacka jesień motocyklowa

Zastanawialiście się kiedyś, jak wygląda jesień w Chorwacji? Ja też, dlatego postanowiłem to sprawdzić – wsiadłem na motocykl i wybrałem się na kilkudniową wycieczkę na południe.

Pomysł jesiennej wyprawy do Chorwacji zrodził się pod koniec lata. Moi przyjaciele, z którymi planowałem podróż, Paweł i Ola, dopiero myśleli o zrobieniu prawa jazdy na motocykl, więc tak do końca nie byliśmy pewni, co nam z tych planów wyjdzie. Poza tym pogoda – nie mogłem znaleźć w sieci żadnych sprawdzonych informacji, jak pod koniec października wygląda Chorwacja. „Nikt tam nie jeździ o tej porze roku?” – pomyślałem. Niewiele się myliłem…

Nocleg znaleźliśmy na booking’u. Przyjemny apartament nieopodal Senj. Tuż przy Magistrali Adriatyckiej, z widokiem na morze i wyspy. Wychodziło po 13€ od osoby za noc, więc śmieszna cena, jak za chorwacki apartament.

Datę wyjazdu wyznaczyliśmy na ostatni tydzień października. W niepewności czekaliśmy do ostatnich dni – dopiero dwie doby przed wyjazdem Ola z Pawłem odebrali prawo jazdy. Zdecydowaliśmy, że ja pojadę motocyklem, a oni samochodem z przyczepą. Każdego dnia po kilka razy przeglądaliśmy pogodę, bo jeśli prognozy byłyby niekorzystne, trzeba by sobie dać spokój. Na szczęście wszystko się jakoś poukładało i w sobotni wieczór, przy zaledwie kilku stopniach powyżej zera, pakowaliśmy motocykle na przyczepkę marznąc przy tym okrutnie. „Jedziemy! Tam na pewno będzie cieplej!”

Szczęśliwej drogi już czas

Wstajemy wcześnie rano. Tak to już jest przed wyjazdami, że nawet zegarka nie trzeba nastawiać – wszyscy podekscytowani kręcą się w łóżkach zamiast spać i wstają bez budzika. Spakowaliśmy się dzień wcześniej, więc tylko kilka ostatnich gratów wrzucamy do auta, pijemy poranną kawkę, jemy szybkie śniadanko i w drogę.

Jeszcze jest ciemno. Na zegarze 6:34. Na termometrze… -3. Okoliczne łąki pokryte są białą pierzyną z szadzi. Gdzieś daleko za horyzontem wstaje słońce. Żegnają nas majestatycznie strzelające w niebo Tatry Bielskie. Nawigacja pokazuje co celu 830 km. Kawałek jest…

Pierwszych kilometrów bałem się najbardziej. Kręte, górskie drogi prowadzące wzdłuż potoków podczas jesiennych przymrozków dość często zamieniają się w lodowisko, ale na szczęście tym razem nie jest aż tak źle. Niebo zaczyna się czerwienić blaskiem wschodzącego słońca, którego promienie na kilka minut w niesamowity sposób oświetlają szczyt Łomnicy. Mrozik trzyma.

Za Popradem do mrozu dołączają mgły. Zamarza kurtka, kask, szyba motocyklowa, a śliskie zakręty trzeba pokonywać w żółwim tempie. Na szczęście wkrótce mgły znikają i w okolicach Przełęczy Besnik znów można podziwiać piękne, jesienne widoki i ośnieżony szczyt Królewskiej Hali – drugiej, po Hawraniu, narodowej góry Słowaków, sięgającej 1946 m n.p.m.

Zaczyna robić się ciepło. Chociaż nie wiem, czy słowo „ciepło” jest odpowiednie – aż do słowacko-węgierskiej granicy temperatura nie wzrasta powyżej 4 kreski na plusie, więc szału nie ma. Za to piękne słońce i obłędne widoki jesieni pozwalają zapomnieć o zimnie.

Od momentu wjazdu na autostradę w okolicach węgierskiego miasta Hatvan droga robi się nudna i monotonna. Im bliżej granicy z Chorwacją, tym ruch staje się coraz mniejszy. Kilkanaście ostatnich kilometrów przed przejściem granicznym w ogóle już nie widać żadnego samochodu. Przez chwilę myślę, że może granica zamknięta, albo coś innego… Na granicę dojeżdżam sam. Celnik wychodzi ze swojej budki i kilkakrotnie pyta, czy na pewno chcę tam – czyli do Chorwacji – jechać. „Przecież tam zima!” – przekonuje. Kiedy mówię, że „nie zima, ciepło, prognozy mówią o kilkunastu stopniach na plusie” na to celnik potwierdza: „przecież to zima!”. No tak, dla południowców takie temperatury to zima, dla nas – całkiem ciepło.

Prawie cały czas jedziemy razem, Ola z Pawłem w samochodzie, ja motocyklem. Mamy łączność przez CB-radio, więc komentujemy to i owo. Czasami dłużej zostaję na stacji, żeby się ogrzać, ale po kilkunsatu minutach znów ich doganiam. Ostatnie 150 km śmigam szybciej, bo krótki dzień powoli zmierza ku końcowi, a wolę po ciemku nie szukać wskazanego adresu. Na przełęcz Vratnik, z której rozpościera się piękny widok na morze, docieram na kilkanaście minut przed zachodem słońca, więc zgodnie z planem. Kiedy dojeżdżam do Senj czuć powiew ciepłego wiatru i od razu termometr zaczyna pokazywać +18. Ależ mi tego brakowało…

Na nocleg docieram pierwszy. Przemiła gaździna o imieniu Wiśnia oprowadza mnie po budynku i pokazuje zadaszone miejsce na motocykle. Jesteśmy sami w całym domu, bo to jedyny apartament z piecem, w którym oczywiście już zapalone. Wkrótce dociera Ola i Paweł, a gaździna na powitanie częstuje nas pysznymi, swojskimi knedliczkami. Bajka!

W sumie droga zajęła nam około 11 godzin. Mój motocykl spalił 6,2 l/100, a samochód z przyczepką i motocyklami około 12 l. Przyczepkę rozpakowujemy już po ciemku paradując, ku zdziwieniu Wiśni, w krótkich spodenkach i koszulkach. Dla nich to zima, dla nas +15 w nocy jest czymś wspaniałym 🙂

Pusto wszędzie, głucho wszędzie

Poniedziałkowy poranek wita nas chmurami, przez które gdzieniegdzie przebija się słońce. Piękny widok z naszego tarasu na oświetlone wschodzącym słońcem wyspy Rab, Prvić i Krk pozytywnie nastraja do jazdy. Szybkie śniadanko, przygotowanie motocykli i już wkrótce jesteśmy gotowi do jazdy. Na termometrze 18,5 stopnia w plusie – idealnie!

Plan na dziś przewiduje krótką przejażdżkę w najbliższej okolicy, ale okazuje się, że spragnieni jazdy robimy prawie 260 km. Nasza trasa wiedzie Magistralą Adriatycką, później na Wyspę Pag, skąd promem przeprawiamy się do Prizny i dalej znów magistralą do domu. Z czasem pojawia się słońce, a temperatura podskakuje do 22 kreski. Warunki do jazdy wspaniałe!

Ola z Pawłem zachwycają się widokami – nigdy wcześniej nie byli w Chorwacji. Ja za to jestem w szoku, jak wszędzie jest pusto. Każdy, kto choć raz w sezonie odwiedzał Chorwację wie, jak to zazwyczaj wygląda. Wszędzie tłumy, korki, gwar… teraz po prostu jakby wszystko wymarło. Nawet z obiadem jest problem. Z trudem znajdujemy jakąś restaurację w Novalji, jednym z głównych miast na wyspie Pag.

Na prom czekamy prawie godzinę. W międzyczasie raczymy się pyszną, swojską kawką. Do domu wracamy wraz z ostatnimi promieniami zachodzącego słońca około godziny 18. W internecie czytamy, że w Polsce padał deszcz, a temperatura ledwo wzrastała powyżej piątki na plusie. Aż głupio, że nam tu tak dobrze i ciepło 🙂

Z wizytą w Plitvickich Jeziorach

Wtorek rozpoczyna się pięknym wschodem słońca. Wstajemy wcześnie, bo w planach mamy wizytę w położonym około 100 km od nas parku narodowym Plitvickie Jeziora. Naszpikowaną zakrętami Senjską Drogą wjeżdżamy na przełęcz Vratnik, gdzie od razu daje się odczuć zmianę klimatu na typowo górski. Temperatura spada do około 12 stopni i pojawiają się chmury. Na szczęście nie pada.

W Plitvickich Jeziorach również pustki. Niewielkie grupki turystów po chwili giną za zakrętem i można odczuć, jakbyśmy sami byli w całym parku. Dookoła wszystko w typowo jesiennych barwach. Wygląda to zupełnie inaczej, choć równie pięknie, jak w sezonie letnim.

Spacer zajmuje nam prawie dwie godziny i nie da się ukryć, że z przyjemnością siadamy na motocykle ruszając w drogę powrotną. Po drodze zatrzymujemy się na pyszny obiad w przydrożnej restauracji, którą wypatrzyliśmy wcześniej jadąc na Plitvice. Pyszne, tradycyjne, bałkańskie ćevapćići i lokalne, chociaż bezalkoholowe, piwko smakują wspaniale.

Przez Sveti Juraj, jedną z najbardziej krętych i malowniczych dróg, wracamy do domu wraz z zapadnięciem zmroku, zmęczeni bardziej spacerem, niż jazdą. Zrobiliśmy około 240 km. Na powitanie Wiśnia, nasza gaździna, przynosi nam swojskie, jeszcze ciepłe, pączusie – palce lizać!

Odpoczynek na baścynym cmentarzu

Środa przynosi wiatr, chmury i przyjemne 20 stopni na plusie. Ola decyduje się na dzień przerwy – siada do mnie jako pasażerka i w dwa motorki pędzimy na wyspę Krk. Niby widzimy ją codziennie z okna, ale żeby dojechać na jej koniec, trzeba zrobić około 100 km w jedną stronę. Z czasem chmur coraz mniej, za to powoli daje się we znaki mocny wiatr.

DCIM100GOPROG0090952.

Na wsypie podobnie, jak w całej okolicy, pustki. Przejeżdżamy aż do jej końca – do miejscowości Baška. Było to pierwsze miejsce na wyspie Krk o charakterze turystycznym wykorzystywane do kąpieli. Zatrzymujemy się przy starówce, która zazwyczaj po brzegi zapełniona jest turystami. Teraz całkowite pustki, działa tylko jeden sklep. Podobnie wyglądają okoliczne, kamieniste plaże. Pojedyncze osoby leniwie spacerują po promenadzie, mały chłopiec na bosaka przeskakuje przez spienione fale. Posezonowa sielanka.

Z dala wypatrujemy jakiś kościół i na gps-ie odnajdujemy drogę dojazdy na wzgórze. Po drodze mijamy dzieciaki, które wesoło wybiegają ze szkoły… w kurtkach, czapkach, ciepłych butach. Szybkie spojrzenie na termometr… 21,5 stopnia w plusie. Ok, czyli to dla nich zima… ciekawe 🙂

Wdrapujemy się na wzgórze. Znajduje się tu cmentarz i cerkiew św. Iwana. Tak sprawnie chcę zaparkować motocykl, że… bum, gleba. Na szczęście bez strat.

Cmentarz jest niesamowity. Położony na wzgórzu z pięknym widokiem na Baśkę, okoliczne zatoczki i leżące na stałym lądzie góry. Siedzimy tu dość długo, kontemplujemy ciszę i spokój.

Później przechadzamy się alejkami, czytamy imiona, nazwiska, wiek. Oglądamy nagrobne zdjęcia. Wiatr wzmaga na sile. Tworząc wał nad pasmem gór Velebitu wygląda, jak nasz tatrzański halny. Przewraca znicze i kwiaty, które wraz ze zbliżającym się dniem Wszystkich Świętych pojawiły się na niektórych grobach.

W drodze powrotnej zatrzymujemy się w mieście Krk. W jednej z nadmorskich restauracji zamawiamy sobie owoce morza. Oczywiście nie zapominamy o pamiątkowym zdjęciu. Kalmary, małże, krewetki i inne smakołyki w błyskawicznym tempie znikają z talerza. Po godzinie znów jesteśmy w domu. Po drodze kupujemy zapasy lokalnej branży piwowarskiej i zachód słońca oglądamy siedząc nad morzem. Kolejne 205 km za nami.

Velebicki halny burą zwany

Czwartek. Jeszcze słońce nie wstało, a już słychać, co się dzieje za oknem. Halny, który delikatnie doskwierał nam dzień wcześniej przeistoczył się w konkretne wietrzysko. Prognozy nie są optymistyczne. Z tarasu obserwujemy, jak wichura tworzy na wodzie coś na kształt białego szkwału. Przydomowe cyprysy gną się raz w lewo, raz w prawo. Wsuwamy śniadanie i zachęceni błękitnym niebem decydujemy się jednak na wyjazd.

Wjeżdżamy na magistralę i już po dwóch kilometrach zatrzymuje nas policja. Informują, że droga jest całkowicie zamknięta z powodu silnego wiatru. Chcą nas ukarać, bo ponoć już od Senj ustawione były znaki o zakazie. Tłumaczymy, że mieszkamy w apartamencie tuż obok i nie widzieliśmy znaków. Odstępują od mandatu, a nawet pozwalają przejechać jeszcze pół kilometra dalej, żeby spróbować ucieczki w góry, naprzeciw silnemu wiatrowi.

Od Sveti Juraj zaczynamy stromy i kręty podjazd. Zatrzymujemy się na pamiątkowe zdjęcie, ale tak mocno wieje, że motocykle postawione na stopce chce przewrócić na drugą stronę. Odpuszczamy fotkę. Jedziemy dalej.

Jadę pierwszy. Na jednym z ostrych zakrętów, w złożeniu, czuję bardzo mocny powiew wiatru z boku. Mnie się udaje przejechać, ale jadący za mną Ola i Paweł znikają. Chwila grozy. Błyskawicznie nawracam i sekundę później jestem przy nich. Ola stoi na samym skraju zakrętu, Pawła motocykl leży, on obok. Uderzył w nich ten sam podmuch, co we mnie. Podnosimy się i decydujemy na powrót do domu. Nie ma co kusić losu. Po drodze mijamy się znów z „naszymi” policjantami. Wyglądają na zadowolonych, że wracamy. Tego dnia tylko 11,5 km na motorze.

No ale w domu siedzieć nie zamierzamy. Siadamy w auto i kierujemy się na Zadar. Niestety część autostrad oraz tunel Sveti Rok też są zamknięte i zamiast 150 km wychodzi nam prawie 350. Ale nie żałujemy, pogoda wspaniała, spacer po opustoszałym Zadarze udaje się w stu procentach, a przy takim wietrze huk słynnych zadarskich Organów Morskich robi ogromne wrażenie.

Trafiamy na pyszną pizzę, a później wbijamy się na zamkniętą wcześniej magistralę i już normalną drogą wracamy do domu. Wieje cały czas bardzo mocno. Po powrocie czytamy o zamkniętych drogach i szkodach wyrządzonych przez burę, bo tak nazywa się ten porywisty, zimowy, chorwacki wiatr. Ponoć w 2003 roku jego podmuchy sięgały aż 307 km/h. Ostro…

Bura burą, ale jeździć się chce

Piątek. Za oknem znów to samo. Może troszkę słabiej wieje, ale podmuchy nadal są bardzo gwałtowne. Podczas śniadaniowego „kolegium” zastanawiamy się, co robić. Sprawdzamy komunikaty w internecie. Magistrala Adriatycka zamknięta w obie strony, tylko osobówki na niektórych fragmentach mogą jechać. Decydujemy się jednak jeszcze raz przebić przez wichurę i wjechać w góry. Ola jedzie jako pasażerka, bo jej mała honda lata na wietrze, jak latawiec.

W tym samym miejscu co dzień wcześniej stopuje nas policja. Od razu po zatrzymaniu tłumaczę, że wiemy o zakazach i jedziemy w góry. Mówią tylko „ok” i puszczają. Robimy fotkę, którą odpuściliśmy wczoraj. Kiedy dojeżdżamy do feralnego zakrętu z wczoraj, aż drżą ręce. Na szczęście ten i następnych sto przejeżdżamy bez przeszkód i jesteśmy w górach, gdzie podmuchy są o wiele słabsze.

Przez następne kilka godzin włóczymy się po wąziutkich i krętych drogach parku narodowego Velebit. Niektóre z dróg wyglądają tak, jakby od kilku miesięcy nikt tędy nie jechał. Wspaniałe okolice!

Po górach zrobiliśmy około 200 km. Wieczorem na tarasie ubieramy się ciepło, palimy grilla i przy świeczkach siedzimy do późnego wieczoru. Jutro ostatni dzień… ale to zleciało.

Wokół senjskiego komina

Sobota. Ostatni dzień. Wiatr znacząco zelżał, pogoda od rana piękna. Liczymy, że nie ma dziś za dużo czasu na jazdę – trzeba jeszcze „za widoka” spakować motocykle na przyczepkę i przygotować się do jutrzejszego powrotu do domu.

Wśród ulotek reklamowych Ola znajduje jakieś ładne miejsce widokowe – rezerwat Zavratnica. Kierujemy się więc znów na Magistralę Adriatycką i po kilkudziesięciu minutach dojeżdżamy do urokliwej wioski Jablanac, skąd spacerkiem udajemy się do rezerwatu.

Już sam spacer wykutą w kamieniu dróżką jest bardzo fajną atrakcją. Po około 15 minutach docieramy do Zavratnicy, gdzie na dnie przepięknej zatoki dostrzec można resztki poniemieckiego wraku, który zatonął tu w czasie wojny. W sezonie letnim rezerwat odwiedzają tysiące turystów i nurków – my byliśmy sami. Cisza, spokój – coś pięknego!

Po udanym spacerku kierujemy się na Senj. Na drogach widać, że sobota – po magistrali suną motocyklowe grupy po kilka- kilkanaście maszyn. Niemcy, Słoweńcy, Austriacy – korzystają z ostatnich ciepłych dni.

Przed obiadem decydujemy się jeszcze na rundkę przez pogórze Wielkiej Kapeli. Jedziemy na Krivi Put, ale znów wpadamy w zabudowaną wiatrakami okolicę o silnych wiatrach, więc okrężną drogą wracamy do Senj na pożegnalny obiad.

Jak szaleć, to szaleć – znów decydujemy się na owoce morza, tak pożegnalnie, choć do najtańszych nie należą. Po obiedzie krótki spacer po porcie i powrót na kwaterę.

W sumie wyszło nam około 140 km. Pakowanie idzie nam o wiele sprawniej niż tydzień wcześniej i jeszcze przed zachodem słońca motorki lądują na przyczepce.

Komu w drogę temu… zmiana czasu

Wyjeżdżamy znów po ciemku. Jest 5:30. Tzn chyba jest, bo w nocy była zmiana czasu i część zegarków się przestawiła, a część nie. Ale obojętnie która – wracać trzeba. A i dzień o kilka minut krótszy, niż tydzień temu. Termometr pokazuje 14,5 stopnia w plusie, więc całkiem nieźle. Z pogody cieszę się za wcześnie – kilkanaście minut później termometr pokazuje już tylko pół stopnia powyżej zera. Zimno jak diabli. Od razu wskakujemy na autostradę, a przy większych prędkościach zimno odczuwa się o wiele bardziej.

Pierwszy postój robimy po około trzystu kilometrach. Zziębnięty jestem na kość. Ciepło robi się dopiero na wysokości Balatonu i aż do okolic Popradu utrzymuje się około 11 kreski w plusie.

Do Słowacji jedziemy razem, później śmigam szybciej, bo widzę, że dnia ubywa bardzo szybko. W okolicy Niżnych Tatr dostaję telefon, że Ola z Pawłem mają małą awarię. Podczas jazdy urwała się jedna z rurek, za którą zamocowany był tył motocykla. Na szczęście nie spadł on z lawety i udało się go zamocować w inny sposób.

Im bliżej Tatr, tym zimniej. Od Popradu temperatura spada szybko. Nad Tatrami ciemne chmury, zapowiada się ulewa. Deszcz szybko miesza się ze śniegiem i w takich warunkach na ostatnią chwilę bezpiecznie dojeżdżam do domu. Zamykam garaż i po kilku minutach zapada zmrok, a deszcz przemienia się w regularne opady śniegu. Udało się na styk! Ola z Pawłem dojeżdżają po godzinie. W deszczu i śniegu. Ważne, że bezpiecznie.

Droga powrotna zajęła nam około 11 godzin, ale spadło spalanie – około 5,5 w motocyklu i 11 w samochodzie. Podliczamy, że w sumie zrobiliśmy około 2600 km – 1600 na dojazdy, 1000 na miejscu. Ale wrażeń nie sposób podliczyć i wycenić! Przekonaliśmy się do wyjazdów późną jesienią, bo nigdy nie myślałem, że w Chorwacji tak odpocznę w ciszy i spokoju.

Więcej zdjęć

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *