Śladami pierwszego zesłania Napoleona Bonaparte

Marzena i Rafał z Białki Tatrzańskiej dzielą się z nami relacją ze świetnej podróży, którą odbyli we wrześniu 2021 roku. Piękne zdjęcia i wiele ciekawych miejsc. Może kogoś zainspirują? Na to liczymy! Miłego czytania i oglądania!

Elba 2021, czyli wrześniowa wyprawa śladami pierwszego zesłania Napoleona Bonaparte

Na podbój wyspy wybraliśmy się na naszym rumaku, a dokładniej na 125 rumakach… mechanicznych, czyli na BMW R1200GS. Dla mniej wtajemniczonych, jest to duże turystyczne enduro i chyba najbardziej popularny motocykl na świecie, szczególnie lubiany przez globtroterów i ludzi szukających przygody w miejscach, gdzie czasem trudno dojechać bardziej szosowymi pojazdami.

Samotnie w drogę wyruszyłem 11 września. Skierowałem się w stronę Alp Styryjskich, gdzie w Villach, na kempingu, rozbiłem namiot i spędziłem pierwszą noc. Nazajutrz wyruszyłem w dalszą trasę, ale już bardziej majestatyczną drogą, w kierunku Linz. Jadąc centralnymi Alpami dotarłem do Lombardii. Nad Jeziorem Garda, w okolicy Limone, rozbiłem kolejny obóz. Tutaj, mimo że jeszcze byłem w Alpach, mocno już czuć i widać śródziemnomorski klimat.

Rankiem wyruszyłem w stronę Ligurii i po kilku godzinach dotarłem do jednego z najpiękniejszych miejsc na ziemi, czyli parku narodowego Cinque Terre. To baśniowa kraina kolorowych domków wzniesionych na skałach wzdłuż Riviery Włoskiej, gdzie na wzgórzach rozciągają się soczysto zielone dywany winorośli, ciągnące się kilometrami od francusko-włoskiej granicy, aż do wybrzeża Toskanii na południu. Niesamowite widoki!

Nasyciwszy oczy i duszę piękną urodą oraz pozytywną energią tego miejsca, popędziłem w kierunku naszej ulubionej Toskanii, a szczególnie miasta Piza, gdzie moja żona Marzenka czekała już na mnie na lotnisku. To były dwa dni sam na sam w siodle rumaka i od teraz już w podróży będzie nas troje 🙂

Noc spędziliśmy na kempingu w Livorno, a rankiem wyruszyliśmy do miasta Piombino, skąd promem popłynęliśmy na Elbę.

Elba: dzika kraina o bogatej historii

W 1814r. Napoleon Bonaparte po abdykacji otrzymał możliwość wyboru miejsca zesłania między Korsyką, Korfu i Elbą. Padło na tę ostatnią. Trafny wybór. Naszym zdaniem Elba jest drugą tak piękną włoską wyspą po Sardynii. Cesarzowi jednak bardziej chodziło o dobrą lokalizację wyspy, wszak nie zamierzał tu długo zagościć.

Na wyspie czuć na każdym kroku powiew cesarza. Mnogość pomników, tablic pamiątkowych, źródeł nazwanych jego jego imieniem itp. Nie ma się co dziwić, Napoelon zastał Elbę jako bardzo biedną i dziką wyspę, a pozostawił cywilizowaną, z mocno rozbudowaną infrastrukturą.

Dlatego dla mieszkańców czasy napoleońskie były czasami największego rozkwitu wyspy, a Bonaparte do tej pory jest uważany za jej ojca i patrona.

Źródełko Napoleona.

Jest także w historii Elby i polski akcent, bardziej miłosny, gdyż na wyspie przebywała Maria Walewska. Jej wyjątkowej, słowiańskiej urodzie nawet Bonaparte nie mógł się oprzeć.

Dom Napoleona
Kot cesarza wychodzi nam na spotkanie.
Prywatna szklarnia Napoleona wyposażona w grzejniki centralnego ogrzewania. Hodował tam rzadkie rośliny, które przywoził ze swoich podbojów z różnych stref klimatycznych.

Wyspa nas oczarowała

Klimat inny, bardziej ciepły, odmienny od tego w lądowej części Toskanii. Piękne, dzikie plaże, krystalicznie czysta woda, kręte wijące się wzdłuż wybrzeża drogi, to jest to, co lubimy najbardziej. I na Elbie nam tego nie brakowało.

Na wyspie spędziliśmy trzy dni, czyli dużo… dużo za mało. Pozostał niedosyt i na pewno za jakiś czas tutaj wrócimy. Motocyklem objechaliśmy około 40% wyspy i tak naprawdę cieszę się, że tylko tyle, bo ta nieodkryta przez nas część, nadal na nas oczekuje.

Powrót. Piękne miasto Portoferraio. Promem płyniemy w kierunku Piombino.

Po dopłynięciu na ląd skierowaliśmy się w stronę regionu Wenecji Euganejskiej, po drodze ocierając się o Florencję i Bolonię. Późnym popołudniem dotarliśmy w okolice Wenecji, gdzie w niedużym deszczu rozbiliśmy nasz szmaciany domek.

Następnego dnia popędziliśmy w kierunku miasta Triest i na Słowenię, do gminy Izola, do miasta Piran. Tutaj znów zdecydowaliśmy się na koczowanie w szmacianym domku, ale za to wieczorową porą rumaka wiążemy w porcie, a my udajemy się na spacer i romantyczną kolację we dwoje.

Zamówiliśmy coś, co zostało wyłowione z tutejszego morza, a popijaliśmy fermentowanym, wytrawnym sokiem gronowym z owoców, które dojrzewały na pobliskich słonecznych zboczach. Przynajmniej tak zapewniał kelner. Wyglądało i smakowało całkiem dobrze.

Następnego dnia obraliśmy kierunek na Lublanę, stolicę Słowenii, by docelowo dotrzeć na Węgry, nad jezioro Balaton. To już nasz ostatni przystanek. Często tutaj wracamy, to takie obowiązkowe miejsce międzylądowań, ale i docelowego, weekendowego wypoczynku. Ale o tym też kiedyś opowiemy.

Oczywiście, jak możecie się domyślać, relację tę napisałem w dość mocnym skrócie. Ale zapewniam, że opisane miejsca są magiczne i można się w nich bezgranicznie zakochać. Tym bardziej zwiedzając je na motocyklu. Więc proszę ostrożnie podchodzić do tematu podróży na dwa koła, bo to mocno wciąga! 🙂 Chociaż przy takim uzależnieniu najlepszą terapią jest następny wyjazd, który – myślę – już wkrótce 🙂

Pozdrawiamy Rafał i Marzena 🙂

Zostaw komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.