Maramuresz? Nie, Pieniny!

Motocyklizm to jest jednak fajna sprawa. Wystarczy trochę wrodzonej ciekawości i dwa kółka, a zupełnie z niczego rodzi się fajna przygoda.

Sprawy służbowe zawiodły dziś mnie i moje dwa koła do Szczawnicy. O 16 miałem zrobić zdjęcia na meczu piłkarskim. Na miejscu okazało się jednak, że mecz będzie godzinę później. Trochę lipa, bo prognozy coś wspominały o deszczu po 17. Ale trudno – jak już przyjechałem do tej Szczawnicy, to trzeba coś ze sobą przez tę godzinę zrobić.

Postanowiłem zajrzeć do Jaworek, w okolice Wąwozu Homole i dalej. Jeszcze niespełna dwa miesiące temu fotografowałem tu imprezę narciarską, a teraz wszystko zazielenione i w wiosennej odsłonie.

Minąłem ostatnie domy i stację narciarską. Droga asfaltowa zamieniła się w szutrową, a ta w kamienisto-błotną. Jakoś nie mogłem oprzeć się ciekawości i jechałem dalej. Zakazu nie było, więc czemu nie jechać?

Minąłem górski potoczek. Przy okazji musiałem przez niego kilka razy przejechać tam i z powrotem. No dobra, wcale nie musiałem, ale jakoś ciężko się powstrzymać 🙂 Jadąc dalej dojechałem do rezerwatu przyrody. Z ciekawością przeczytałem, co piszą na tych tablicach, których tu raczej się nie spodziewałem, z dala od jakiejkolwiek drogi względnie normalnej jakości. Oznaczenia szlaku pieszego albo rowerowego też nie widziałem. Ale jak już sobie ktoś zadał trud, żeby to tu postawić, to trzeba było przeczytać.

Już myślałem, że to koniec dalszej jazdy, ale na skraju rezerwatu zauważyłem wyżłobioną przez traktory drogę prowadzącą do innej części lasu. Na tyle suchą i szeroką, że zdecydowałem się nią pojechać kawałek. Skoro ciężki sprzęt pracujący na skraju rezerwatu nie przeszkadza przyrodzie, to i jeden mały motorek krzywdy jej nie zrobi. Szczególnie, że zakazu nadal nie było…

Traktorowa autostrada zaprowadziła mnie na rozległą polanę, skąd znów ta nieszczęsna ciekawość pchnęła mnie dalej, na skraj łąki. Później jeszcze kawałek przez niewielki lasek i dotarłem do miejsca, które od razu skojarzyło mi się z rumuńskimi wierchami Maramureszu na pograniczu z Ukrainą. Obrałem kierunek na najwyższy z okolicznych wierchów i choć dość mocno już zdarte oponki heidenau k60 scout ledwo dawały radę – wdrapałem się na jego szczyt.

Przyznaję, że satysfakcję miałem niemiłosierną. Nie wiem czemu, może dlatego, że znalazłem kolejne fajne miejsce na mapie naszego regionu? Może dlatego, że na pamięć znam już przebieg czarnogórskich i albańskich traktów, a tak pięknego miejsca w okolicy nie znałem? Nie wiem, ale było mi wspaniale 🙂 I te widoki z góry…

Szybki powrót w powoli nasilającej się mżawce dość mocno zagrzał mi ciśnienie, bo mokra trawa i zroszone deszczem błotniste drogi zaczęły przypominać lodowisko, ale na szczęście zdążyłem zjechać przed większymi opadami. Nawet nie wiem, kiedy zleciała mi ta godzina.

Po przyjeździe do domu i przestudiowaniu map okazało się, że „zdobyłem” Bereśnik – lokalny szczyt o wysokości 760 m n.p.m. Jak będą odpowiednie warunki to znów tam wpadnę i przygotuję Wam dokładne opisy dojazdu, bo warto zwiedzić i te okolice.

Namiary GPS: [49°23’55.8″N 20°34’22.7″E]

Aktualizacja:

20160521_084404

W tym rejonie są dwa Bereśniki: oznaczony nr 1 i opisywany przeze mnie powyżej oraz nr 2 – Bereśnik w Paśmie Radziejowej w Beskidzie Sądeckim. Opisywane miejsce (czyli nr 1) znane jest pod tą nazwą głównie wśród starszych mieszkańców okolicy. Młodsi Bereśnik kojarzą tylko z nr 2.

3 komentarze

  1. Ciekawość i taktyka „a co jest tam kawałek dalej/za zakrętem?” zawsze wiodą w najlepsze miejsca 😀 Albo zupełnie donikąd, ale i tak się z tym nie wygra 😉
    Też zawsze przeżywam ten ból i dylematy leśno-zakazowe. Mam tu w okolicy Bory Dolnośląskie (i sporo mniejszych lasów) i choć nie zawsze na drogach wjazdowych są szlabany, to wiadomo – las to zakład pracy, pałętacze niewskazani. Ale właśnie zawsze te natrętne myśli: że przecież ZULowskie maszyny robią więcej hałasu i zniszczeń, ćwiczenia straży pożarnej to samo, ciężarówki wjeżdżające po drewno… To co by przeszkadzał jeden cichy, zupełnie nie crossowy motorek? No ale niestety, nie zawsze trafia się tak fajna alternatywa, jaką Ty znalazłeś. Czasem trzeba przesiąść się na rower, niestety 😉

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *