Rumuńska trasa wzorcowa

W pięć dni, bez większej gonitwy, udało nam się zaliczyć kilka miejscówek, które obowiązkowo trzeba odwiedzić podczas wycieczki do Rumunii. Nie brakowało przygód i pięknych widoków.

Kliknij i pobierz GPX ze śladem trasy.

Wyjeżdżaliśmy w poniedziałkowy poranek. Ciepły, choć deszczowy. Spotkaliśmy się na przejściu granicznym Jurgów-Podspady w składzie: Grzesiek na V-stromie, Maciek (syn Grześka) na bandicie, Jarek z USA na GS-ie 1200 i ja, Adrian, na GS-ie Adv z plecackiem w postaci kumpla Bartka, który bardzo chciał sprawdzić, jak to jest na wyprawach motocyklowych. Kilka kilometrów odprowadzał nas kolega, też Jarek, na kultowej hondzie seven-fifty.

Od lewej: Adrian, Bartek, Grzesiek, Maciek i Jarek

Dzień 1

Go back mister, go back

Ruszyliśmy w trasę od razu wskakując na kręte, słowackie, boczne drogi. Na zmianę padało, kropiło i mżyło. W zasadzie tak przez całą Słowację. Im bliżej granicy z Węgrami – tym było lepiej.

Chwila odpoczynku na słowackiej stacji.

Madziarska kraina przywitała nas ciepłem, suchym asfaltem i fragmentami błękitnego nieba. Zupełnie inaczej szła jazda. Poprawiły się nastroje, a obiad zjedzony w przydrożnym barze dał nam siły do dalszej jazdy.

Ciągnące się na wiele kilometrów węgierskie pola zboża.

Cała radość i optymizm pękły jak bańka mydlana na granicy węgiersko-rumuńskiej. Okazało się, że Jarek, posiadając podwójne obywatelstwo, nie ma odpowiednich dokumentów. Przekonany był, że Rumunia jest w strefie Schengen i wziął ze sobą tylko prawo jazdy polskie i amerykańskie. Niestety dla pograniczników liczył się tylko dowód, czyli „ajdi” lub paszport. I tu skończyła się Jarka wyprawa do ojczyzny Hrabiego Drakuli. Pożegnaliśmy się na granicy i poganiani przez celnika krzyczącego do Jarka „Go back mister, go back” rozjechaliśmy się w przeciwnych kierunkach.

Pożegnanie na granicy węgierko-rumuńskiej.

Trochę zmieszani tą całą sytuacją zrobiliśmy kilka zdjęć przy tablicy „Romania” i ruszyliśmy dalej. Znów pojawiły się czarne, burzowo-deszczowe chmury, ale jakoś cały czas udawało nam się przemknąć pomiędzy kolejnymi ulewami, które pojawiały się raz po lewej, raz po prawej stronie.

Do każdego domu z elektrowni wiedzie osobny kabel 😀

Kierowaliśmy się na Sapantę, miejscowość znaną z Wesołego Cmentarza, gdzie mamy wypróbowany i tani hotel (Camping-Hotel-Restaurant Casa Ana polecamy!).

W drodze do Sapanty.

Właściciel początkowo mówił, że nie ma wolnych pokojów, ale widząc nadchodzący deszcz zlitował się nad nami i nagle przypomniał sobie, że coś jednak ma. Choć w okolicy nie brakuje pensjonacików to cieszyliśmy się, że już nie musimy dalej szukać, bo od domu nawinięte mieliśmy już ponad pół tysiąca kilometrów.

Dzień 2

Łukiem Karpat z nową mapą

Wstaliśmy wcześnie, jeszcze przed budzikami. Obudziły nas dzwonki krów i podkowy końskich kopyt. Popijając poranną kawę patrzeliśmy, jak puszczone wolno zwierzęta same, bez większego pośpiechu szły na pastwiska.

Spacerkiem na pastwisko.

W centrum Sapanty zwiedziliśmy Wesoły Cmentarz i udaliśmy się na wschód, aby łukiem Karpat, przez sięgającą 1413 m n.p.m. Przełęcz Prislop (rum. Pasul Prislop), dojechać do Wąwozu Bicaz.

Wesoły Cmentarz w Sapancie.

Przełęcz Prislop i lokalny, rumuński baca.

Po drodze kilka razy łapał nas przelotny deszcz, ale tak szybko znikał, jak się pojawiał. Na jednej ze stacji paliw kupiliśmy nową mapę Rumunii. Jak się okazało, naniesionych tam zostało wiele nowych lub wyremontowanych dróg, które oznaczone zostały jako „widokowe”. Kilka z nich zaliczyliśmy podczas dalszej drogi.

Obiadek w trasie.

Cały czas jechaliśmy pięknymi, widokowymi i oczywiście krętymi drogami, które zaprowadziły nas do Wąwozu Bicaz. Droga prowadząca przez dno wąwozu jest wspaniała, chociaż zdecydowanie za krótka.

Wąwóz Bicaz.

Nocleg znaleźliśmy tuż za miejscowością Georghieni. Świetny hotel o nazwie Filo – pokój za około 20 zł od osoby. Kilkanaście minut po zakwaterowaniu znikąd przyszła taka nawałnica, że jeszcze bardziej doceniliśmy to, że już jesteśmy pod dachem.

Hotel Filo i tęcza tuż przed nawałnicą.

W znajdującej się w tym samym budynku restauracji pojedliśmy do syta, a i lokalnego piwa nie zabrakło…

Pyszny obiadek po dniu pełnym wrażeń.

Dzień 3

Barany i fotomaniacy na Transfogarskiej

Wyspani i wypoczęci rano ruszyliśmy w dalszą drogę od razu zaczynając dzień od krętych, karpackich dróg. Później skierowaliśmy się na Sighisoarę zmieniając na pewien czas górski teren na bardziej płaski.

Przełęcz Bucin (1287 m n.p.m.) w górach Gurghiu.

Podziwialiśmy przy okazji zabudowę lokalnych wiosek i machaliśmy do ich najmłodszych mieszkańców, którzy w ogromnej większości bardzo serdecznie nas pozdrawiali. Tylko jeden z nich nie był zadowolony z widoku motocykli i z impetem rzucił w nas kamieniem – na szczęście nie trafił 🙂

Rumuńskie wioski i wioseczki.

Na stacji Lukoil przed Cartisoarą zrobiliśmy sobie dłuższy postój, żeby troszkę odpocząć przed Trasą Transfogarską. Z daleka w górach widoczne były chmury i zastanawialiśmy się, czy nie przyjdzie nam jazda we mgle. Ale co tam – każda pogoda ma swój urok.

Ta stacja to stałe miejsce postojów przed i po przejechaniu Trasy Transfogarskiej.

Już przed wjazdem na Transfogarską natknęliśmy się na korek. Baca prowadził drogą dość pokaźny kierdel owiec, ale przywykli do takich widoków na Podhalu dość sprawnie poradziliśmy sobie z ich wyprzedzeniem.

Achtung baranen!

I wreszcie! Zakręt za zakrętem zaczęliśmy pokonywać kolejne metry tej wspaniałej trasy. Ruch był bardzo umiarkowany, a na poboczach raz po raz zatrzymywali się turyści, żeby zrobić pamiątkowe zdjęcia.

Serdeczne pozdrowienia od i dla kolegów z Niemiec.

Również i nam się udzielił syndrom foto-japońców i co kilka chwil stawaliśmy na fotki.

Silnik, dwa koła i mina wesoła 😀

Przyznaję, że czwarty raz już jechałem tą drogą, ale tyle zdjęć z Transfogarskiej nigdy nie zrobiłem 🙂

Trafiła się nam i taka trzódka na trasie 🙂

To właśnie tutaj Bartek podjął męską decyzję deklarując: „Za rok wrócę tutaj własnym motocyklem, już nie jako pasażer!” Trzymamy za słowo!

Nad przepaścią. Za rok Bartek ma tutaj wrócić na własnym motocyklu – zobaczymy, czy dotrzyma słowa 🙂

W międzyczasie chmury się trochę podniosły i wjechaliśmy w nie dopiero na samej górze. Na szczęście za tunelem pogoda była nie gorsza i zjazd dał na równie dużo frajdy, co wjazd.

Zjeżdżamy z Transfogarskiej.

Po drodze zatrzymaliśmy się w wypróbowanej knajpie, która szczególnie oblegana jest przez motocyklistów. Można posłuchać opowieści, jak to jeden przez drugiego, prześcigają się oni w opowiadaniach ile razy tarli podnóżkiem, czy z jaką prędkością i złożeniem pokonywali kolejne zakręty 🙂 I przy takich historiach zjedliśmy pyszny obiad.

Obiadek w sprawdzonej i niedrogiej knajpie.

Kolejny postój zrobiliśmy nad jeziorem Vidraru, gdzie od kilku lat wśród naklejek jest ta MotoPodhala’ńska i nikt jej jeszcze nie zdrapał! 🙂

Naklejka MotoPodhale.info wisi tu od września 2013 roku!

Obowiązkowe selfi przy zaporze, a później Grzesiek z Maćkiem zaczęli dokarmiania okolicznych psów. Kilka puszek i kromek chleba wtrąbiły, aż im się uszy trzęsły.

„Następnym razem wezmę ze sobą więcej puszek z psim żarciem, niż ludzkim” – zadeklarował Grzesiek.

Dochodziła godzina 17, ale nabuzowani adrenaliną nie myśleliśmy jeszcze o noclegu. Kierowaliśmy się na okolice dolnej części Transalpiny. Po drodze zrobiliśmy niezbędne zakupy i daliśmy chwilę radości małemu chłopcu, który przy sklepie bardzo chciał posiedzieć na motorze.

Szpitalny wenflon w rączce malucha zdradzał problemy ze zdrowiem, więc jego uśmiech na widok naszych maszyn był szczególnie cenny.

Nocleg znaleźliśmy dopiero tuż przed 20-stą. Przydrożny pensjonacik z daleka wyglądał na ruderę. Okazało się, że to był najbardziej klimatyczny nocleg podczas całego wyjazdu, dlatego nocne posiady troszkę nam się przedłużyły 🙂

Na pensjonat połączony z barem piwnym trafiliśmy przypadkiem i okazało się, że to świetna baza noclegowa.

Dzień 4

Transalpinistyczny kierunek dom

Kilka minut po ósmej rano siadaliśmy na maszyny. Słońce od rana grzało pięknie. Głowy nas coś pobolewały, chyba od ciśnienia, ale daliśmy radę. Kierunek Transalpina.

W drodze na Transalpinę.

Po kilku zakrętach awaryjny postój. Przez lekko uchyloną szybę kasku Grześka do środka wpadł bąk, trochę pobuszował w środku i przy próbie ucieczki zaklinował się pomiędzy blendą a szybą. Na szczęście nie ukąsił, ale wyciągnięty kolec w jego odwłoku sugerował, że niewiele brakowało.

Gotowy do ataku. Na szczęście nie zdążył.

Pogoda super, ruch zerowy. Można było do woli cieszyć się pięknymi widokami i niezliczoną ilością zakrętów.

W raju.

Co pewien czas robiliśmy krótki postój na zdjęcia, ale na szczęście o wiele rzadziej, niż na Transfogarskiej 🙂

Ojciec z synem 🙂

Na szczycie pusto. Zaledwie kilka motocykli na blachach z różnych zakątków Europy. Obowiązkowo naklejki (zostawione nasze i zakupione pamiątkowe) i zdjęcie z flagą MotoPodhale 🙂

Pozdrowienia z Transalpiny!

Zjedliśmy też drugie śniadanko, a Grzesiek z Bartkiem znów wzięli się za karmienie bezpańskich psów.

Dokarmiacze w akcji.

Zjazd był mnie mniej ekscytujący, niż wjazd. Widoki – bajka! Transalpina to bez wątpienia punkt obowiązkowy podczas wycieczek do Rumunii!

Krowy, konie, świnie, czy barany – w Rumunii na drogach to norma.

Przed dojazdem do miejscowości Sebes zatrzymaliśmy się na obiad. Byłem już wcześniej w tej knajpie i było znośnie, ale tym razem trafiliśmy na kelnerkę, która wyjątkowo nie miała dobrego dnia. Nie podobało jej się, że w oczekiwaniu na obiad położyłem się koło motocykla na parkingu, a w przyniesionym jedzeniu była mucha.

Mucha w cenie.

Pani wyjątkowo nie chciała zrozumieć, co chcemy zamówić – nawet 4 kawy to był wielki problem. Co jak co, ale pokazywane cztery palce i słowa „kawa, koffi, kaffe” chyba nie trudno zrozumieć… a jednak. Coś tam zjedliśmy, ale pewnie nieprędko tam wrócimy.

Stracona godzina czasu i niepotrzebne nerwy.

Gdy opuściliśmy teren górzysty – zaczął się upał i duchota. Na jednej ze stacji dosłownie padliśmy na kilkuminutową drzemkę.

Bartek kozak, bo jako pasażer spał na motorze 🙂 My z Maćkiem padliśmy, jak mucha z knajpy powyżej 🙂

Na kupionej kilka dni wcześniej mapie wybadaliśmy oznaczoną widokowo drogę i nią postanowiliśmy dojechać do miejscowości Huedin. Okazało się, że ta droga to fantastyczna, ale długa przeprawa prowadząca krętą, wąską ścieżką przez niemałe górki.

Droga 1R – kolejny po Transalpinie i Transfogarskiej obowiązkowy punkt wizyty w Rumunii!

Mieszkańcy rumuńskich wiosek są bardzo pozytywnie nastawieni do turystów. Szczególnie ci najmłodsi.

Przejazd nią zajął nam o wiele więcej czasu niż planowaliśmy. W Huedinie zrobiliśmy szybkie zakupy i zaczęliśmy szukać noclegu. Kilka kilometrów za miastem stanęliśmy w korku. Tir za tirem, wąsko jak diabli. Słońce nie odpuszcza, zmęczenie robi swoje. A było już po 19. Środkiem nie było szans przejechać. Niewiele myśląc zjechaliśmy na wąskie pobocze i obładowanymi motorami na centymetry przeciskaliśmy się po prawej stronie korka.

Potężny korek w Huedinie.

Przeciskanie trwało bez mała 10 kilometrów i już do zera wyładowało nas z zapasu sił. Na szczęście znaleźliśmy przydrożny motel Route66 i na kilka minut przed 20-stą byliśmy już w pokojach.

Route66 – polecamy!

Na styk zdążyliśmy na mecz biało-czerwonych podczas odbywających się we Francji rozgrywek Euro2016. Niestety Portugalia wygrała, więc nie było okazji do większej popijawy. Chyba że z żalu…

Dzień 5

Węgierskie prostactwo, słowackie krętactwo

Ostatni dzień naszej podróży przywitał nas pięknym słonkiem. Do domu zostało nam jakieś 550 kilometrów, więc nie musieliśmy się za bardzo spieszyć. Dotarliśmy też do przyczyny wczorajszego korka – cała droga pokryta była nowym asfaltem. Na szczęście dziś już korków nie było i sprawnie dotarliśmy do granicy z Węgrami.

Żegnaj Rumunio. Przyjedziemy za rok!

Później przez Hajduszoboszlo i nudne węgierskie drogi pomiędzy polami. Upał dawał w kość. Takie proste drogi męczą bardziej, niż górskie, kręte odcinki, więc postojów na drzemkę.

Miły chłodek od parkingowego betonu.

To tego dnia Maciek podjął decyzję, że bandit, choć piękny i ze wspaniałym silnikiem, nie koniecznie jest dobrym motocyklem wyprawowym. Mocowane na prędce „zmiękczacze” siedziska niewiele się przydały. Na ból kolan też nie było rady.

Motocyklowe eksperymenty z siedziskiem w bandicie.

Z radością witaliśmy Słowację, gdzie nie brakuje krętych dróg. Okolice parków narodowych Murań, Niżne Tatry czy Słowacki Raj jeszcze przez kilka godzin pozwoliły nam na fajną zabawę, chociaż zmęczenie rosło z minuty na minutę.

Słowackie dróżki są bardzo motocyklowe 🙂

W Tatrach Wysokich dopadła nas krótka, ale intensywna ulewa, ale nie chciało nam się już ubierać. Tylko Maciek, który następnego dnia rano miał jechać do Warszawy, zdecydował się na wdzianie gumek.

Po krótkotrwałej ulewie.

Do domów wróciliśmy wieczorem. W pięć dni nawinęliśmy około 2200 km i objechaliśmy kilka najważniejszych punktów w Rumunii. Na szczęście nie wszystkie, bo nie mielibyśmy do czego wracać.

A wrócimy na pewno!

Pozdrawiają: Grzesiek, Maciek, Bartek i Adrian! LwG!

Galeria zdjęć

7 komentarzy

  1. Witam. Super trasa. W tym roku z kolegą planujemy podobną trasę. I mam pytanie a zarazem prośbę. Może udostępnicie link do mapy z Waszego przejazdu.
    Na pewno inne osoby to też zainteresuje. Pozdrawiam i życzę jak najwiecej takich tras.

    1. Hej Rychu, dzięki za koment. Po kliknięciu na mapę można było obejrzeć dokładnie całą trasę i pobrać plik GPX, ale widzę, że Garmin coś zmienił i link nie działa. Jak tylko dowiem się, co się stało, to dam znać. Pozdrawiam!

  2. Cześć
    Bardzo podoba mi się wasza trasa. Jest możliwe żebyś mi ją udostępnił? Link do przebiegu trasy przenosi mnie do strony głównej Garmina. LWG!

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.